uaktualniony post z transkrypcją: Living history lesson - żywa lekcja historii z Panią Janiną Kaczor w Naszej Szkole

Dzisiaj, 13.grudnia 2018 roku odbyło się spotkanie ze świadkiem historii II Wojny Światowej, prywatnie Babcią naszej uczennicy Oli Kaczor z 3 gimnazjum.

Zapraszam na fotorealcję.

Zapraszam również do zapoznania się z transkrypcją naszego nagrania.


Nagranie dostępne jest na facebook'u - https://www.facebook.com/renata.lewandowska.351


Niestety, messenger obsługuje filmy tylko do 100MB





















Wprowadzenie: nasza rozmówczyni, Pani Janina Kaczor to babcia naszej uczennicy z klasy 3 gimnazjum, Aleksandry Kaczor, która zachęciła babcię do udziału w wywiadzie, przygotowała dla nas zarys biografii Pani Janiny, współtworzyła pytania i prowadziła wywiad.
Pani Janina pochodzi  ze wsi Wincentów w okolicach Krasnegostawu, blisko dużego zakładu produkcyjnego ‘Cukrownia Krasnystaw’ w Siennicy Nadolnej. Znaczące jest położenie domu przy drodze prowadzącej na łąki w dolinie rzeki Wieprz, przez którą od Krasnegostawu nie ma innej przeprawy mostem (odległość ok. 15km), dość dobrze ukryty, a prowadzi na drugą stronę w okolice wsi Stężyca i Łopiennik (Górny, Dolny, Podleśny, Nadrzeczny) wraz  z lasami i silnie rozwiniętą partyzantką w czasie II Wojny Światowej. Pani Janina w swojej opowieści wspomina również inne okoliczne miejscowości – Wincentów, Krupe, Krupiec a także trochę bardziej oddaloną Widniówkę, wieś w nadleśnictwie Namule położoną przy dużym lesie.


Pani Janino, witamy Panią serdecznie i bardzo się cieszymy, ze zgodziła się Pani wziąć udział w naszej żywej lekcji historii.
Babciu, Jak się dziś czujesz?
Normalnie.
Z biografii wiemy, że urodziła się Pani w 1933 roku, czyli ma Pani 85 lat. Czy może nam Pani powiedzieć, czy ma pani wnuczęta czy prawnuczęta?
Mam 6 prawnucząt i 9 wnucząt.
Spotkaliśmy się z Panią, aby wysłuchać Pani doświadczeń związanych z II Wojną Światową. Z podręczników uczymy się oficjalnych wersji potwierdzonych przez naukowców. My chcielibyśmy posłuchać, jak wyglądało życie w tamtym czasie, jak dziecko i jego rodzina miały szansę przetrwać tamten straszny czas.
Gdzie się Pani urodziła, na wsi czy w mieście?
Na wsi.
Co pamięta Pani z najmłodszych lat życia, jak wyglądało życie przed wojną?
Przed wojną pamiętam Żydów. Oni chodzili, szyli po wsi, tak zarabiali pieniądze do wojny w 1939.
Ile was mieszkało w domu?
Czworo.
Miała Pani jakieś rodzeństwo?
Miałam brata.
Mieszkaliście wspólnie z dziadkami?
Tak.
Czym zajmowali się rodzice?
Gospodarstwem.
Co na gospodarstwie rodzice uprawiali?
Małe gospodarstwo. Ojciec dorabiał. Opowiem Wam od początku wojny. Wieczorem ojciec do mamy mówi, ’Ty wiesz wojna będzie.’ Ale dziecko nie zwraca uwagi, jak to wojna. Ja miałam 6 lat, a brat 4. Rano wstaję, wojsko jest, wojsko polskie jest. A ja nad samymi łąkami mieszkam. Miała 100 m od tych żołnierzy. My polecieliśmy tam, a tam stoi spora grupa żołnierzy, wóz, a na tym kuchnia. I dzieci tam pobiegły. Kucharz dawał śniadanie żołnierzom i mówi do na, ‘Dzieci, lećcie po kubeczki, to wam dam jeść.’ Dostała spory kubek od mamy i ten kucharz dał nam pomidorówki, do dziś pamiętam jaka dobra była ta zupa.
Oni przenocowali i później nie wiem.
Na ranek – grochówka. Nie pamiętam, czym pociągnęli tę kuchnię, czy tam były konie, czy żołnierze poszli, i piechota była i kawaleria. I żołnierz mówił ojcu, żeby się podsuwali bliżej Krasnegostawu, w prawo na Łopiennik. Więc ojciec  powiedział do mamy, żeby wziąć sąsiada zebrać  ‘majdoły’  i pojedziemy. I pojechaliśmy na Kolonię Stężycką. I miało się  bić wojsko polskie po tej i niemieckie po drugiej, ale w miarę spokojnie się to działo.
Dzisiaj samoloty szybko latają, kie3dyś to powoli te bombowce, tylko ‘bum, bum bum’ leciały. Jak wróciliśmy do domu, jeden żołnierz zabity leżał na łóżku. Był cały ‘posiekany’, pod łóżkiem wielka kałuża krwi, a drugi za stodołą zabity, tak samo ‘zsiekany’ był.
I wojsko poszło.
I naszli Niemcy. Jeszcze gorsi jak nie wiadomo co. Po południu była łapanka, a w nocy partyzantka złodziejska. To było tragiczne. Kogo złapali Niemcy, to już nie wrócił do domu. U nas taki Rękas, Drzazga, Waśkiewicz, Kalisiewicz – na miejscu zaraz zabity. Złapali, zabili od razu.
Pamiętam szliśmy ze szkoły z Krupca, a ten Kalisiewicz postrzelony był i tak pod siebie rękami dół kopał, bo jeszcze żył. Waśkiewicz tak samo, konał tak, rękami tak kopał.
Później partyzantka była. Mama do Taty mówi, ‘Weź zabij okna deskami, że tu nikt nie mieszka.’ Bo my mieszkamy tak na końcu i tu zaraz wąwóz jest.
Jak naszli Niemcy i chcieli, żeby Tato zaprowadził ich do siennickiego lasu. Ojciec nie mógł poradzić, bo chorą nogę miał. Ja zachodzę za stodołę, a tam ze 200 ludzi jest i ich prowadził wszystkich do lasu. Ojciec ich zaprowadził, a oni dawali mu takie prezenty – łyżeczkę na przykład, cały worek nazbierali. Ojciec rzucił to w lesie, bo powiedział, ze jak go Niemcy zobaczą, to powiedzą, ze złodziej i zabiją.
A później za jakiś czas znów partyzantka przyszła. Znów jacyś mężczyźni. Tylko niewielka. Wzięli mojego ojca i sąsiada, żeby pokazali im drogę na Łopiennik. Zajechali, droga się skończyła, było 6 Niemców, i oni wzięli ojca i postawili przy koniach, a sami poszli drogi szukać, a ojciec wszedł w rządki kapusty. Jak przyszli, zaczęli się złościć, że zabiją jak psa, szwargotali. Ojciec bał się, żeby nie weszli w ten rządek, gdzie on leżał. Przeleżał do rana, a oni poszli. Konie zostawili w stercie, wbili dyszlem w stertę, żeby się konie nie kręciły. Stały te konie 2 dni, aż ktoś dał znać i ojciec poszedł i przyprowadził.
Później przywieźli nie wiem ile tych Żydów, tak na pole. Stała taka stodoła. Cała stodoła była pełna Żydów. Ci Żydzi kopali taki rów, tzw. ‘trzynastkę’. A później, jak już wykopali ten rów do samego Wieprzu, wzięli wszystkich tych Żydów i poprowadzili ich do Izbicy (16 km). Wystrzelali ich wszystkich co do jednego.
To było jeszcze gorsze niż wojna (front), bo wojna przeszła i poszła, a tu mścił się [Niemiec] 4 lata, nie było ratunku.
Trzeba było oddać kontyngent do Niemca – mleko, kartofle, zboże – nie było co jeść, bo wszystko do Niemca. Dzieci przeżywały. Co noc była partyzantka. Złodzieje to byli. Jeden drugiemu kradł. Wujek dogonił, a partyzant ostrzegł, ze może zaraz w głowę dostać i niech ucieka. Zawrócił.
Mówiłaś Babciu, ze w 1944 miałaś Komunię.
Tak tak. Miałam 10 lat. Mama zaprzęgła konia i pojechaliśmy do Krasnegostawu na naukę (6 km). Sąsiadka była, jechało nas 4 dziewczyny.  Jedziemy, a tam w lesie Borek  - obecnie po prawej stronie jest ‘Mrówka’, a po lewej stronie jest żydowski cmentarz.  Jedziemy, a tu stoi taki długi rząd Polaków, a sześciu czy siedmiu kopie głęboki rów. A gdy wracaliśmy po nauce wszyscy mężczyźni zostali rozstrzelani, co do jednego i rów zasypany. Wystrzelali Niemcy wszystkich.
A mąż mój z Siennicy Różanej był. Złapali [Niemcy] taką panią, miała 2 dzieci, jeden 10 drugi 12 lat i na ich oczach zabili tę matkę , i Niemiec do nich, ‘Nie piszczcie, bo zaraz i was zastrzelę.’ Niemcy jeszcze dom spalili i ciało matki tam wrzucili. Jak te dzieci przeżyły? A ojciec uciekł, bo byli i ojca zabili.
Bez przerwy. Wszystko trzeba było oddać.
A w czasie okupacji były kartki na jedzenie?
Szło się do sołtysa, na mięso, czekoladę, wódkę. Na wszystko była kartka i z tą kartką trzeba było iść do sklepu i zapłacić, ale jak już kartki nie było to nie można już było kupić.
Te kartki na miesiąc się dostawało?
Tak, co miesiąc. Chleb, cukier, wódkę. Z tą kartką trzeba było iść do sklepu.
A gdzie można było zarobić?
A jak na przykład mój ojciec pracował u Niemców na moście, oni płacili, ci kierownicy. Tak trzeba było żyć. Coś tam sprzedać. Mój ojciec na ryby chodził, teraz to i ryb nie ma. Kiedyś było mnóstwo. Nałapał, przyniósł. Większe ryby – kiedyś nie było lodówek – mama pchała w skrzela pokrzywy, żeby ryby się nie psuły. Mama do miasta jechała i Żydzi kupowali, albo się płaciło rybami za szycie. I mam przyniesie pieniądze i coś tam się kupi. Kiedyś nie było tak, jak teraz. Chleba, żyta nie było. Ojciec gdzieś jęczmienia zdobył. Mama zmieliła go na żarnach i chleba upiekła, i tak po gardle dudnił – gruba mąka taka była, jak z kamienia.
Gdzie ukrywano zapasy, jedzenie?
Świnię jak tato trzymał, to trzeba było tak schować, żeby nikt nie widział, nawet sąsiad. Jakby przeskarżył, że świnia zabita, to Niemcy by zabili zaraz. Nie wolno było zabijać świń.
A budowaliście jakieś schrony?
Tak, jak miała być wojna, to takie były doły wykopane, na nie nakładzione było kijów na krzyż i darnie trawy były nacięte i poukładane, żeby nie było widać, ze tam ktoś jest. A w lochu siedzieliśmy 2 doby i była kobieta z dzieckiem. Ono tak piszczało. Mówiliśmy, żeby poszła, bo jakby Niemcy wpadli, to by nas wybili. W końcu poszła. w 1944 roku już tak nie było. Sowieci nie byli tacy mściwi.
Jak może Pani opisać radzieckich żołnierzy?
w 1944 Sowiety tak się nie mścili. Ja mu ojciec dał kromkę chleba i posmarował tłuszczem, a on miał  suchara, to tak raz suchara, raz ten chleb jadł. A takie to było zawszone. Przyszedł raz do nas i prosi mamę, żeby go mama przenocowała, a ja mówię, ‘Nie bierz go mamo.’ Jak się było popatrzeć, robactwo chodziło po tym. Straszne rzeczy, jak oni chodzili.
Ci radzieccy żołnierze, to długo byli w Wincentowie?
Nie, tak ze dwa tygodnie. Ja miałam 10 lat. Ja i mój brat cioteczny chcieliśmy zobaczyć, czy krowy przypięte, a tato pojechał na Krupe. Sowiety mówili, ‘Uciekajcie stąd, bo wojna będzie,’ ale tej wojny nie było, nie bili ani Ruskie, ani Niemcy, dwaj tylko zabici w domu, a Sowietów nie było wybitych. Ale byli na podwórku dłuższy czas, to się dawało chleba. U nich straszna była nędza.
Co oni mówili i gdzie szli?
W jedną stronę szli. Wracali do domu. Potem rząd sowiecki już był.
Dzieci małe poprzestraszane były, brat mój młodszy 4 latka miał, on nie wyszedł na dwór wysikać się, bo się bał, bo ktoś będzie bił. Ale oni nie bili. Jak szli, to gnali krowy, może 100 sztuk, konie i ja nie wiem, gdzie to poszło, za Wieprz poszło [w stronę Stężycy].
Wrócę. Gdy wojsko polskie szło. Polacy przeszli, a żeby Niemcy nie, to spalili most. Sąsiad nasz wziął konia i nas, majdoły, dzieci, ale na środku Wieprza zaczął nakręcać, zaczęliśmy tonąć. Na wozie – woda. Tato skoczył, wyciągnął konie.
Dzisiaj to dzieci mają raj. A kiedyś to było strasznie, nie było co jeść. A sąsiad partyzanckim dzieckiem był. Ja nieraz zajdę, a tu stoi łeb, cała micha nagotowana mięsa, a u nas chleb jęczmienny, a mięsa nie ma. To ja ukroję pajdę chleba, dam tej koleżance swojej, a ona kawał mięsa mi ukroi, i tak się dzieliliśmy. Tragiczne to było. Dzisiaj to jest raj na ziemi dla dzieci.
Może nam Pani opowie o szkole?
Była na Krupcu szkoła (2 km), jedna była nauczycielka. Dużo chodziliśmy prywatnie w domu, 2 klasy 1 i 2, potem 3 i 4. Potem przenieśli mnie na kilka miesięcy na Siennicę Nadolną, a później na Stężycę do końca do 7 klasy. Jeden nauczyciel uczył. Niemcy się nie wtrącali.
Czyli szkoła była do 7 klasy, a jak później można było się uczyć?
Później wyszłam za mąż [miałam 21 lat w 1954r.], mój mąż miał 7 klas. Do pracy przyjmowali po ośmiu klasach. Już mieliśmy dziecko, a on musiał do 8-mej klasy chodzić. Był Skóra nauczycielem. Mąż miał wtedy ze 30 lat. Musiał skończyć tę 8-mą klasę, bo nie chcieli go do pracy przyjąć.
A podczas wojny były Święta Bożego Narodzenia?
Były Święta, choinka, jak kogo było stać. U jednego lepsze, u drugiego gorsze.
To było tragiczne. W 1939 roku bombowce rzucały bomby,, tu u Ireny matkę [bomba] zabiła i chałupa się spaliła, na dom strzeliło, zabiło. Ale co zrobisz. Trzeba było przeżyć.
A mama moja mówiła w 1914 jacyś Austriacy byli. To też uciekali stąd na Widniówkę. Na Widniówce siedzieli tydzień. A w domu kradli wszystko, ni kury ni prosięcia, i zboże. Jeden uciekał, bo wojna, a drugi kradł, bo miał skąd.
Dzisiaj jest rocznica wprowadzenia stanu wojennego 13. grudnia 1981r. Co Babciu z tego pamiętasz?
Mój syn był w Gdańsku w wojsku. We czterech siedzieli w czołgu, nogi im poodmarzały do kolan, nóg nie czuł. Wzięli ich do szpitala na izbę przyjęć, bo inaczej trzeba by im było poobcinać nogi.
Po stanie wojennym nie było nic, w sklepach pusto. Żeby jedna szmatka, czy kiełbasa, nic. Była tu Ukrainka, pojechałyśmy do Tarnopola na Ukrainę. Tam, pełne sklepy, kiełbasa w miskach, a u nas nic.
Mieliśmy paszporty. Aż się dusza raduje. Taka bieda była.
Czego się Babciu nauczyłaś w domu?
Melioracje robili, miałam 17 lat. Przyszedł pan, żeby obiady gotować. Mama zaproponowała mnie. Gotowałam im jeść, później poszłam na kurs. Później Cukrownię robili i dopiero stanęłam na nogi. Miałam z Cukrowni pracowników. Rano herbata i poszli do pracy, musiałam zrobić obiad i kolację. Dopiero się wszystko pokupiło. Wcześniej była bieda, aż piszczy.
Kiedy zaczęło się poprawiać po wojnie?
Wyszłam za mąż w 1955, już zaczęli stawiać Cukrownię. 20  lat miałam jak wyszłam za mąż, mąż miał 23.
Ile razy Babciu spotkałaś się z przyszłym mężem?
Oj, aż wstydzę się mówić. Powiedzieć Wam? 7 razy, i trzeba było iść za mąż.
Przyjechał facet, a ja byłam w fermentowni w pracy. Stoją jakieś konie na podwórku. Ojciec mówi, „ Chłopaki przyjechali. Mogą być? – Czemu nie mogą być.’ Miałam 17 lat. Mama mówi, ‘Daj na zapowiedzi.’  W następną sobotę grał na weselu w orkiestrze, przywiózł pieniądze na ubranie, buty i sukienkę i welon. Szwagier ze Świdnika pyta, ‘(Janka, jak ten kawaler?’ – Ja mówię, ‘Jadę do Świdnika i z powrotem i takiego brzydkiego nie widziałam.’ [Śmiech] „No to po co wychodzisz za mąż?’ „Bo tato każe.’
Co by Pani poradziła naszym uczniom, jak żyć, żeby 47 lat w małżeństwie żyć, żeby wojnę przeżyć?
To wszystko, jak z bicza strzelił.
Pracować trzeba ciężko?
Jak miałam 50 lat poszłam do pracy w Cukrowni. Miałam wtedy 20 arów tytoniu czarnego i żółtego, pół hektara buraków i robota, a mąż w szpitalu w Nałęczowie, a siano na łąkach wykoszone, i tu mam robotę. Syn najstarszy był w hufcach w Niemczech. I co robić? Ale się przeżyło wszystko.
Może klasa ma jakieś pytania?
Nie było za co kupić. Szło się do gospodarza, kopało się kartofle motyką, żeby zarobić parę złotych, ile to trzeba się było udźwigać. Opłaty były, to tato ryb nałapał, to trochę budował. Sami nie wiecie, co Wy macie. Trzeba szanować rodziców. Kopać kartofle trzeba było, ile to się trzeba udźwigać było, żeby zarobić parę groszy.
Chodziłaś Babciu na jakieś zabawy?
Były jakieś potańcówki, ale to już miałam z 18 lat. Harmonia była i skrzypce, i taka to orkiestra. Ale kiedyś weselej było. Dzisiaj przejdziesz przez całą wieś, nie widzisz grupki ludzi. Kiedyś – tu stoi grupa jedna, tam druga, tam trzecia. Nie było ani telefonów, ani radia, nic nie było. Może tam bliżej miasta było. U nas nic. Potem było takie radio ‘bałałajka’ przez linię. Na wsi gospodarz słuchał jak krowa ryczy, jak świnia kwiczy.
Jak ja sobie leżę, to myślę sobie, jak to wszystko człowiek wytrzymał. Gęsi lecą, bombowce lecą, a sąsiad zboże zasiał – bombowce lecą, a on kury zgania. A my położyliśmy się w rów głęboki koło drogi, i dużo innych ludzi ze wsi, gęsi nad nami,  a on kury zgania nie patrzy, że bombowce lecą. Najgorzej za Niemców było, tacy mściwi byli.
Młodzieży, co zapamiętacie ze spotkania. Kto ma taką biedę, kto tak cierpi, kto głoduje, kto się boi? Już nie chcielibyśmy, żeby tak się stało.
Teraz takiej wojny by nie było, puszczą gaz, wytrują wszystkich nas, nikt nie będzie latał.
Bardzo dziękujemy za spotkanie, za poświęcony czas, za to ze Pani do nas przyszła i chciała do nas przyjść, bo jak widzimy, że łatwo się nie chodzi.
Zobaczycie, jak to się chodzi, jak ma się 80 lat.
Bardzo się cieszymy, życzymy dużo zdrowia.
Ja też Wam życzę wesołych Świat, żeby nie były bardzo smutne. Radujcie  się póki jesteście młodzi, używajcie świata. 

Komentarze